"Miłość to dawanie drugiej osobie tego, co najbardziej potrzebuje w chwili, gdy najmniej na to zasługuje. Dlaczego? Bo każdego dnia Bóg mnie traktuje w ten sposób.”
To fragment wyrwany z pewnego kazania. Mam wątpliwości co do drugiej części tej wypowiedzi. Nie wiem, czy to prawdziwe założenie, że nie zasługujemy na Bożą miłość. Trudno mi się z tą koncepcją zgodzić. Bóg nas kocha, bo jesteśmy Jego, bo jesteśmy Jego emanacją. Nie robi nam “łaski”. Za takim podejściem tkwi jakieś koszmarne poczucie winy i niższości - jesteśmy tylko robakami, nad którymi wspaniałomyślny Bóg w drodze wyjątku się ulitował. On nie widzi naszego grzechu jak my widzimy, widzi naszą świętość, od której wyszliśmy i do której nie bez przeszkód i porażek - zmierzamy. Każdy człowiek zasługuje na to, co najlepsze, zważywszy na swój boski początek (niezależnie od tego, w jak wielkim leży on zapomnieniu).
Zasługujemy na dobro ze względu na to, kim jesteśmy, a nie wbrew temu, kim jesteśmy.
Kwestia tożsamości - w jednym podejściu utożsamiamy człowieka z jego upadłą naturą, żeby której zaprzeczyć trzeba by być albo wyjątkowo zakłamanym albo być może skrajnym gnostykiem; z kolei w drugim podejściu utożsamiamy człowieka z jego boską cząstką, która wbrew wszelkim pozorom jest silniejsza i w przeciwieństwie do upadłej natury - niezniszczalna. Jeśli ja czuję niechęć wobec Marioli i źle o niej myślę, to nie jest tak dlatego, że ona na to zasługuje. Ona ani trochę nie zasługuje na to. Błąd leży po mojej stronie - nie mam boskiej perspektywy tylko ludzką, opartą na grze pozorów. Bazuję na pozorach odnośnie jej osoby, zamiast na tym, co rzeczywiście prawdziwe w niej. Pytanie, czy świadomość, że to moja pomyłka, może mieć wpływ na to, jak do niej podchodzę. Jednym słowem - zastosowanie: w jakim stopniu potrafię żyć tym, w co wierzę.
Mit Rajski nieco inaczej
tekst Cypriana Sajna redaktora naczelnego portalu i pisma Pistis (opublikowany w drugim nr. pisma)
I stworzyli bogowie System. Tam też umieścili człowieka. I sprawili, że w Systemie wyrosły drzewa wydające rzekomo dobre owoce. Zbierał więc je człowiek i żywił się nimi. I był posłuszny bogom we wszystkim. Nie był człowiek istotą szczęśliwą, ale potrafił często odczuwać zadowolenie, gdy spożywał owoce z drzew. I mówił sobie „jestem szczęśliwy, mam wszystko”.
Między drzewami dającymi owoce były też drzewo życia i drzewo poznania. Lecz bogowie strzegli drzewa poznania i zabronili człowiekowi jeść z niego.
Bawili się bogowie patrząc jak człowiek nazywa różne stworzenia Systemu. Zobaczyli też, że niedobrze jest, gdy człowiek żyje w społecznościach i ma wszystko wspólne. Dlatego też stworzyli instytucję małżeństwa i własność prywatną. I sprawili, że jeden mężczyzna będzie miał na własność jedną lub kilka kobiet. Opuszczą oni ojca, matkę swoją i będą się łączyć w mniejsze grupy. I będzie mężczyzna pracował na kobietę, a ona będzie mu usługiwała i rodziła dzieci. A wszystko co wspólnie uczynią będzie należało tylko do nich. Będzie ich własnością.
I podobało się to bogom. Lecz gdy zobaczyli, że człowiek potrafi dużo gromadzić kazali mu składać ofiary i oddawać bogom cześć. I wystawili bogowie świątynie, w których człowiek składał ofiary i oddawał część swojej własności.
I bogom się to jeszcze więcej podobało. I wprowadzili rytuały, święta na swoją cześć i ustanowili prawa wg których miał żyć człowiek. Żył więc człowiek w posłuszeństwie bogom.
Obirek: Katolicyzmowi grozi PUTINIZACJA
Za Krytyka Polityczna
Ze Stanisławem Obirkiem rozmawia Jakub Majmurek 07.12.2011
Jakub Majmurek: Podczas spotkania z profesorem Gianni Vattimo w Centrum Kultury NWS, zapytał Pan go o wyłożoną przez niego w książce Nie być bogiem koncepcję „powrotu do chrześcijaństwa”.
Kiedy po raz pierwszy zetknął się pan z jego projektem „chrześcijaństwa słabego”? Czy chrześcijaństwo słabe, jest – w sensie teologicznym – ciągle chrześcijaństwem?
Stanisław Obirek: To rzeczywiście nie jest oczywiste podejście do chrześcijaństwa, powiedziałbym nawet ostrzej – jest ono po prostu heretyckie. Vattimo wprost deklaruje się jako antypapista i jako antyhierarchiczny katolik, więc jego powrót do Kościoła wiedzie dość osobliwymi drogami. Mnie on zainteresował w czasach, gdy jeszcze księdzowałem. Bardzo dużo wtedy tłumaczyłem książek teologicznych, głównie z języka włoskiego. Lwią część tej pracy stanowiły książki kardynała Martiniego, przełożyłem chyba kilkanaście pozycji tego autora. Pod koniec lat 90. trafiłem na książkę, którą Martini napisał wspólnie z Umberto Eco. Dokładnie był to zbiór ich korespondencji, dialog, do którego dołączały także inne osoby – w tym takie, dla których chrześcijaństwo było dziedzictwem bardzo problematycznym. Mniej więcej w tym samym czasie, mój przyjaciel, Krzysztof Mądel (do dziś jezuita), z którym w Polsce próbowaliśmy inicjować podobny dialog z niewierzącymi, zwrócił mi uwagę na koncepcję pensiero debole [słabego myślenia] Vattimo, jako na bardzo ciekawą propozycję. We wstępie do wspólnie przygotowanej przez nas książki W co wierzy ten, kto nie wierzy, cytował zresztą obfite passusy z Vattimo. To był impuls, który zwrócił moją uwagę na tego filozofa, śledziłem to, co pisał – sam, czy razem z Rortym albo Derridą. Pisma Vattimo fascynowały mnie także jako krytyka literackiego, krytyka literacka była moją pierwszą wielką fascynacją intelektualną. Przyglądałem się z zaciekawieniem temu, jak Vattimo bada teksty religijne, tzn. z takim samym krytycyzmem, jak bada się wszelkie inne teksty, przy pomocy narzędzi filozofii, czy krytyki literackiej. Stąd moje zainteresowanie tą myślą, poza tym byłem przekonany, że to, jak Vattimo się zmaga z religią, ma bardzo wiele wspólnego z tym, z czym borykamy się teraz w Polsce.
Ze Stanisławem Obirkiem rozmawia Jakub Majmurek 07.12.2011
Jakub Majmurek: Podczas spotkania z profesorem Gianni Vattimo w Centrum Kultury NWS, zapytał Pan go o wyłożoną przez niego w książce Nie być bogiem koncepcję „powrotu do chrześcijaństwa”.
Kiedy po raz pierwszy zetknął się pan z jego projektem „chrześcijaństwa słabego”? Czy chrześcijaństwo słabe, jest – w sensie teologicznym – ciągle chrześcijaństwem?
Stanisław Obirek: To rzeczywiście nie jest oczywiste podejście do chrześcijaństwa, powiedziałbym nawet ostrzej – jest ono po prostu heretyckie. Vattimo wprost deklaruje się jako antypapista i jako antyhierarchiczny katolik, więc jego powrót do Kościoła wiedzie dość osobliwymi drogami. Mnie on zainteresował w czasach, gdy jeszcze księdzowałem. Bardzo dużo wtedy tłumaczyłem książek teologicznych, głównie z języka włoskiego. Lwią część tej pracy stanowiły książki kardynała Martiniego, przełożyłem chyba kilkanaście pozycji tego autora. Pod koniec lat 90. trafiłem na książkę, którą Martini napisał wspólnie z Umberto Eco. Dokładnie był to zbiór ich korespondencji, dialog, do którego dołączały także inne osoby – w tym takie, dla których chrześcijaństwo było dziedzictwem bardzo problematycznym. Mniej więcej w tym samym czasie, mój przyjaciel, Krzysztof Mądel (do dziś jezuita), z którym w Polsce próbowaliśmy inicjować podobny dialog z niewierzącymi, zwrócił mi uwagę na koncepcję pensiero debole [słabego myślenia] Vattimo, jako na bardzo ciekawą propozycję. We wstępie do wspólnie przygotowanej przez nas książki W co wierzy ten, kto nie wierzy, cytował zresztą obfite passusy z Vattimo. To był impuls, który zwrócił moją uwagę na tego filozofa, śledziłem to, co pisał – sam, czy razem z Rortym albo Derridą. Pisma Vattimo fascynowały mnie także jako krytyka literackiego, krytyka literacka była moją pierwszą wielką fascynacją intelektualną. Przyglądałem się z zaciekawieniem temu, jak Vattimo bada teksty religijne, tzn. z takim samym krytycyzmem, jak bada się wszelkie inne teksty, przy pomocy narzędzi filozofii, czy krytyki literackiej. Stąd moje zainteresowanie tą myślą, poza tym byłem przekonany, że to, jak Vattimo się zmaga z religią, ma bardzo wiele wspólnego z tym, z czym borykamy się teraz w Polsce.
Subskrybuj:
Posty (Atom)