.png)
"(27) A szło za Nim mnóstwo ludu, także kobiet, które zawodziły i płakały nad Nim. (28) Lecz Jezus zwrócił się do nich i rzekł: Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad SOBĄ i nad WASZYMI dziećmi!"
Łk 23, 27-28
Kto zabił Boga? Religijni ludzie. Właśnie Ci którzy twierdzili że Mu służą, w oczach innych bliżsi Mu. Żeby to trochę skonkretyzować powiem: biskupi i księża na spółkę z pastorami. Dzisiaj to byli by oni.
Jaką postawę katolicyzm uznaje za swój ideał, za czym tęskni w głębi duszy każdy katolik? Unicestwienie siebie dla innego. Ja nazywam to najwyższą formą egoizmu i pychy, dla nich to istota miłości. Może tylko bawię się słowem, tworzę paradoksy bez treści? Zajrzyj w siebie i sprawdź.
Nie czuję się chrześcijaninem. Przełomowe było dla mnie pytanie pewnego Anglika. Mianowicie: czy muzułmanin, który chce przyjąć ofiarę Jezusa za swoje życie powinien zostać chrześcijaninem. Zrozumiałem wtedy że to pojęcie kulturowe. Nie kwestia wiary, tylko ludzkiej interpretacji rzeczywistości. A ona jak wszystko co stworzone przez człowieka, jest niedoskonała i podlega krytyce. Powinna dalej się rozwijać. Natomiast każda religia ma tendencję do przyjmowania pewnego momentu historycznego - za święty. Widać to wyraźnie u wyznawców islamu, którzy próbują dzisiaj żyć według norm społecznych z XII w. Czy chrześcijaństwo nie czyni podobnie?
Nietzsche wspaniale to dostrzegł. Tylko brakowało mu wiary. Jako filolog klasyczny szukał odtrutki w człowieku Grecji, ale nie jest w tym szczególnie przekonujący. Należało na nowo zrozumieć Boga Hebrajczyków oraz Jego Syna Jezusa Chrystusa. Zdjąć z oczu religijne kalki. Nic mnie tak nie wkurza jak ponowne zabijanie Słowa Boga, przez schematy myślowe tłoczone do głowy od dzieciństwa. Przeklęci kapłani nieustannie Go krzyżują.
Reformacja to nie jest tylko historyczne pojęcie. Po odstępstwie które przyjęło imię Kościoła Rzymsko-Katolickiego, trwa proces odnowy. Jak on się zakończy, nie mam pojęcia. Ale na pewno inaczej niż nam się wydaje.
WSZYSCY Żydzi myśleli że Mesjasz będzie politycznym przywódcą na wzór króla Dawida. Po zmartwychwstaniu i odejściu Jezusa, Piotr i Paweł byli przekonani że koniec świata jest kwestią dni. Mylili się. Bóg jest niesamowity.
26 komentarze:
Amen.
Czyżbyś stał w pozycji ponad kulturami, określając się że nie jesteś chrześcijaninem?
Kultura ogranicza się do miejsca i czasu jakiegoś tam, co nie znaczy że w moich oczach jest nieważna. Wydaje mi się, że to dobry pomysł aby człowiek rozwijał się w danej kulturze, bo choćby jak inaczej? Ino tolerance, mein Bryder, ja? :) Tu wydaje mi się klucz na rozwój spojrzenia. Przez otwieranie oczu. Tylko żeby rozumieć inną kulturę niezbędne jest zrozumieć działanie swojej własnej.
Tak jak Boga można znaleźć w 7. sakramentach tak nie można Go do nich ograniczać bo to pogwałcenie siebie. Tak na zgodę z powyższym tekstem.
Jest jeszcze cienka granica, którą zauważam w moim rozumie. Więc, gdy przeginam nieraz z teorią blokuję się na doświadczanie Boga (Miłości). Uważam, że w tym otwieraniu oczu najcenniejszym skarbem Miłości jest prostota. W końcu "Szczęśliwi ubodzy w duchu".
Proszę o Miłość dla ludzi. Amen.
Po prostu nie identyfikuję się z wieloma poglądami, które mieszczą się w pojęciu chrześcijanin. Naturalnie wyrastam z tradycji chrześcijańskiej, ale nie uważam jej za świętą i nie podlegającą krytyce czy prawu ciągłego rozwoju.
Co mi się szczególnie nie podoba? Właśnie dualizm ducha-ciała i wynikające z niego ascetyczno-purytańskie inklinacje, o czym już pisałem i pewnie będę pisał. Dla mnie to nie ma wiele wspólnego z miłością, która powinna być osią, a nie szukanie własnej sprawiedliwości w oparciu o negowanie swojego osobistego ciała.
Ta postawa,którą katolicyzm uznaje za swój ideał, to żadne unicestwienie lecz posiadanie siebie w dawaniu siebie
czyż księża nie wzrastają od dzieciństwa w danej kulturze? to są tylko ludzie którzy akurat zakochali się w posłudze kapłańskiej.. religia była wcześniej od każdego z nich...zawsze była religia... jakże można obarczać winą kapłanów, jakże w ogóle kogokolwiek za coś winą obarczać? każdy przychodzi na świat w jakieś kleszcze i każdy indywidualnie rozpatruje w duchu co dla niego, a co nie
ja więc nie jestem przeciwna religiom, jak niczemu tu na świecie
po co być czemukolwiek przeciwnym i komukolwiek?
gdyby księża wiedzieli (aczkolwiek i niejeden poznaje wyżej) to co mieliby wiedzieć to by nie czynili tego co czynią
każdy człowiek wierzy w swoje poznanie i co tu zrobić, każdy jest małym światem,który wpływa na inych światy
i tak światy ze sobą rozmawiają i każdy świat z osobna wnioskuje swoje i odnawia się lub kurczy..w ogólnych schematach świata globalnego
..w każdej religi, nawet w buddyzmie są złe interpretacje na miarę własnego poznania...każdą komórkę społeczną, każdy temat społeczny wypełniają ludzie o różnych stanach świadomości...jeśli to się wie, jeśli wie się że świat wygląda tak a nie inaczej, jeśli widzi się rzeczywistość z góry gdzie nie ma słów moralizatorstwa, jest za to samoistnienie, śmiech, głupawka, to po co obwinianie kogokolwiek?
Bóg jest każdym człowiekiem...każdym klechą, biskupem.. to jakże mógłby ten Bóg być przeciwko temu człowiekowi?
przeciw sobie miałby Bóg być?
otóż Bóg to rzeczywistość, wszystkie stany świadomości do kupy, świat cały z lotu kosmity
to byłam ja- Alutek ;D
dałam małego moralizatorskiego pstryczka w nos, a co tam
poza tym bądź sobie przeciw jak chcesz, w końcu każdy jest na swoim miejscu
Mi nie chodzi o tykanie poszczególnych osób np. kleru. Chodzi mi o pewne schematy myślenia, interpretacji rzeczywistości. Myślę że ich zmiana, miałaby duży wpływ na nasze życie, dlatego tak mnie to interesuję. Nie potępiam ludzi, jesteśmy skazani na błądzenie. pozdrawiam
no ale ktoś tworzy tę "religię" tak? przecież sama nazwa "religia" sobie nie chadza po tym świecie, tylko pod tą nazwą kryją się ludzie..w tym kler..
jak można zmienić myślenie tych ludzi, którzy rodzą się w rodzinach gdzie istnieją ramy religijne? (nie chodzi tylko o te ramy ale w ogóle o wszelkie jakie tylko istnieją).. po prostu przychodzimy na świat gdzie są te ramy nam narzucone i kto je przezwycięży w sobie ten zwycięzca! chcesz by wszyscy nagle zwyciężyli ten świat? nierealne...
życie się toczy, religie były i będą i to jest rzeczywistość- istnienie tego, zauważenie istnienia tego jest zauważeniem rzeczywistości że tak to ujmę po swojemu..
pozdrowienia!
Wcale nie chodzi mi zniesienie religii, ani nie mam oczekiwań wobec ludzi. Natomiast uważam, że warto snuć refleksję nad rzeczywistością i się wnioskami dzielić, bo jednak nasza wiedza i świat ciągle się zmienia. Ja bym chciał, żeby były to zmiany na lepsze i staram się dołożyć do tego procesu własną cegiełkę. Moim zdaniem warto się angażować i warto coś zmieniać w takim zakresie, w jakim jest to możliwe. A zdziwiłabyś się gdybyś przyjrzała się, jaki wpływ na losy ludzkości potrafią mieć jednostki i ich wysiłek. Jestem człowiekiem Zachodu i wierzę w indywidualną wartość człowieka ;)
człowiek Zachodu (?) hmmm, nie wiem co to znaczy...
przyjemnego "refleksjonowania" :D
Miałem na myśli to, że indywidualizm, wiara w jednostkę, na którą się powoływałem, jest domeną cywilizacji Zachodniej.
W Twojej wypowiedzi nie podoba mi się pesymistyczno-deterministyczny akcent. Jasne, że żyjemy w kulturze, w której akurat się urodziliśmy, ale poniekąd uczestniczymy w jej współtworzeniu. Nie ma kultury bez człowieka. Ja wierzę, że człowiek, który jest szczery i poszukuje prawdy, dostanie odpowiednią dawkę informacji zwrotnych w życiu, by zacząć się zastanawiać, nawet taki ksiądz. W końcu czytają Biblię, a nie trudno jest dojść do tego, że katolicyzm się z nią w wielu punktach rozmija.
Poza tym wierzę, że Bóg to coś więcej niż to, w jaki sposób Go opisałaś.
Tutaj pozwólcie że troszke się wtrącę jeśli mówimy o różnicy człowieka wschodu i zachodu. Warto moim zdaniem to rozwinąć bo to otwiera spojrzenie na człowieka u nas jak i tam daleko. Rozwijanie spojrzenia na kulturę z której się patrzy i porównywanie jej do innych z pewnością rozwija i zapobiega zbytnemu podleganiu i zamykaniu się w ustalonej formie.
Wschód od Zachodu różni się przede wszystkim w rozwijaniu patrzenia na świat.
Zachód- zasada tożsamości. Wschód- zasada przemian.
Przedstawiciele zachodu chcą widzieć rzeczywistość, a przedstawiciele wschodu chcą być rzeczywistością. Ci pierwsi od początku swojej historii kierowali się przede wszystkim na to by pojąć i widzieć rzeczywistość. A kulturą wschodu kierowała chęć zespolenia się z rzeczywistością. Pragnienie bycia.
Dzisiaj mamy możliwości otwierania się jeszcze bardziej naszej świadomości w Miłości. Niekorzystanie z tego to przejaw najczęściej ignorancji więc moim zdaniem nie można uzasadniać czyjejś zaściankowości i zwyczajnej pychy przez "zakochanie" się w katolicyzmie bądź innej religii. Skrajne uwielbienie tylko swojego punktu patrzenia i krzewienie przez to zaściankowości, prostactwa to nic dla mnie dobrego.
Ale owszem, w otwieraniu się na innych ludzi, cenna jest przede wszystkim prostota serca. Bo nie chodzi o nic innego jak doświadczanie piękna człowieka w Bogu.
Uważam że gdy gromadzi się zbytnie uwielbienie jednego patrzenia na świat łatwo po jakimś czasie zacząć mylić formę z treścią. Łatwo zgubić treść czyli esencję i prawdę z której ta kultura została utworzona. A gdy zaczyna mylić się formę z treścią zaraz później ktoś zaczyna zmieniać treść myśląc że zmienia formę. I tak wydaje mi się stało się w religii w której wyrosłam - katolicyzmie. To o czym mówił Klasyk.
Aby uniknąć tego zbytniego umiłowania się w zamykaniu można moim zdaniem porównywać się do form innych kultur bo treść moim zdaniem mamy tą samą.
Alleluja i do przodu, byle w prostocie.
hmmm nie wiem czemu zakładać tą samą treść, być może jest taka możliwość, ale przecież wcale nie musi.
gdy próbuje się wczuwać w tradycje i dzieła dalekiego wschodu jest coś, co daje mi zgłębiać ewangelię. Nie chcę być w tym nieprawdziwa, ale bardzo możliwe że moja naiwność bardzo chce w to wierzyć.
Ivah, tak, trudno się oprzeć wrażeniu, że na szczycie już nie ma różnic, że wielość i wynikająca z niej niezgodność, sprzeczność towarzyszą jedynie drogom, które do tego szczytu prowadzić mają.
I gdzie Lauro tkwi ta "drzazga"?
Na każdym kroku mamy manierę stawiania wszędzie granic. Niestrudzony zapał do ich bronienia. Z tym nieodłącznie związany jest stres w pokonywaniu ich, mierzeniu się z nimi. Z drugiej strony największym marzeniem jest życie bez granic w pokoju.
Zdaje mi się, że da się pogodzić niezbędną odrębność z pokojem dzięki zrozumieniu i empatii. Znalazłam coś co trafia w moje poglądy.
Zachęcam do zapoznania się z tym i poparcia: http://charterforcompassion.org/
Ciągle jednak tkwią mi w głowie słowa księży, z którymi rozmawiałam czując że nie chcę się zamknąć w katolicyzmie. Dwóch świetnych mężczyzn, cenię ich do dziś, ale jest w nich "coś". Chcieli mnie za wszelką cenę ustrzec przed takim właśnie myśleniem, które teraz ze mną podzieliłaś. Kierowali to na new age, herezję i z przerażeniem w oczach dorośli mężczyźni dopatrywali się we mnie ducha sekciarstwa.
O co chodzi?
Na pewno jest tutaj przede wszystkim troska o KK. O instytucję i niezłomna wiara że posiada ona jedyną prawdę. Ale to wydaje się zaprzeczeniem serca. Zepsucie delikatnego czujnika w człowieku.
Skąd ta wiara? Z ignorancji i braku świadomości?
Tak zakładam, bo na tym się to w większości opiera. Tutaj ujawnia się mechanizm jaki chyba był stosowany przez wielu dyktatorów. Ludzie nie mają odwagi być samodzielni. Tutaj właśnie boją się pokonać granicę.
Stawiam że to przede wszystkim strach jest kołem napędzającym wiek po wieku psucie się treści wyznania KK. To on wpajany od dzieciństwa trzyma w formach i pozmienianych wartościach.
Tylko do łamania barier nie wystarczy gorliwość i odwaga. Bo to tworzy tylko kolejne mało warte odłamy, a więc jeszcze więcej barier. Ważni są Ci którzy kierują kościołem, mądrzy i cierpliwi. Takich tu Ziemia potrzebuje.
Lauro, zaiście wyrzucenie orzeczenia na koniec zdania, jest sposobem wyrażania myśli niezwykle mi miłym :D hehe
Ale mam wątpliwości, co do samej treści Twojej wypowiedzi. Czy nie ma w niej przypadkiem zbyt wiele życzeniowości? tzn. czy masz argumenty na potwierdzenie tezy, którą stawiasz, z chęcią bym się z nimi zapoznał. Na pewno ludzie mimo wszystkich kulturowych różnic mają tą samą w swojej istocie konstrukcję + jeden Bóg który się im objawia, to może generować pewne podobieństwa. Z drugiej strony jest taki nurt we współczesnej filozofii, który zwraca uwagę na to, że człowiek ma skłonność do upraszczania rzeczywistości, zamykania jej w systemach, szukania za wszelką cenę spójności i pomijaniu różnic i dysonansów. Ivah pisała o pojęciu tożsamości, dzisiaj karierę robi Derridowska różnia. Nie wnikałem w to bardzo głęboko, ale Jacques wywodzi to pojęcie od Nietzscheańskiej koncepcji prawdy, która parafrazująć jest jak kobieta, szukająca bliskości, uwodząca, prowokująca do pogoni poprzez uciekanie, oddalanie się. Za wiki: "Alternatywnie, różnię można potraktować jako przeciwieństwo logocentryzmu" Czyli w centrum świata nie stoi wcale logos, czyli porządek, ale jakaś forma dysonansu i rozdarcia. Jak to wygląda w praktyce? Czasem warto nie szukać na siłę spójnego wyjaśnienia, ale doświadczyć swojej niewiedzy, stanąć w samym centrum paradoksu i przyjąć, że taka właśnie jest rzeczywistość. W pewnym sensie tacy jesteśmy również my sami. Człowiek to wiele płaszczyzn, często funkcjonujących niezależnie od siebie i które ciężko połączyć w jedną sensowną całość.
Claudio, nie bardzo rozumiem Twoją konkluzję. Wierzysz w mądrych pasterzy trzody?
Widzisz, Klasyku, staram się jak mogę, żeby formą nadrobić marną, schematyczną treść.
Mówię z doświadczenia, a nie z wiki. (Nie ujmując jej autorytetowi.) Małego co prawda, ale własnego. To moje spostrzeżenie z niego wzięte. Wiele systów rel. zaspokaja te same potrzeby ludzkie, używa tylko innych słów, innych metafor w zależności od kultury, z jakiej wyrasta.
Laura nie chciałem Cię urazić, jedynie zwrócić Twoją uwagę na pewien możliwy aspekt. Ja nie zakładam, że nie jest tak jak mówisz. Jednak trudno mi się w ogóle odnieść do tego co twierdzisz, jeśli np. nie podasz przykładów, jeśli już mówisz nawiązując do własnego doświadczenia. Dla mnie Twoja teza brzmi bardziej jak odczucie, ok masz prawo je mieć, ale musisz zdawać sobie sprawę, że dla innych ludzi, to może być trudne do zrozumienia, jeśli go jakoś nie uzasadnisz, nie zbudujesz metafory, opowiesz historyjki, nie wiem, cokolwiek. Bo ja np. nie wiem dlaczego miałbym uważać, że wszystkie religie mówią w sumie to samo, tylko innym językiem. Zgrabna teza, bardzo hmmm postępowa i tolerancyjna, ale czym ją podeprzeć? Czy przypadkiem zdziebko się nie zapędzasz? Takie mam wrażenie. Mam nadzieję, że nie bierzesz mi tego za złe, że prezentuję inny, bardziej sceptyczny pogląd na tą sprawę. Na tym chyba polega istota dyskusji, by wychodząc z różnych stanowisk, nie obrażać się za to na siebie, ale pozwolić partnerowi mieć inne zdanie. Inaczej pozostaje nam, albo sobie kadzić, najlepiej zbudować wspólne dogmaty do wierzenia, które nas będą "łączyć" :D lub też nawzajem spopielić na stosach, tudzież wytłuc w ramach religijnych wojen. Ja widzę też trzecią drogę, a jest nią właśnie otwarta na drugą stronę chęć dyskutowania.
Poza tym w gruncie rzeczy być może myślimy podobnie, tylko brakuje precyzji w naszej komunikacji. Dlatego zadałem pytania, byś mogła rozwinąć swoją myśl. A że przy tym nasunęła mi się pewna refleksja, to się nią podzieliłem :) myślałem że może kogoś nią ubogacę. Ale widzę, że zostało to odebrane w zgoła inny sposób. Szkoda. Proponuję się nie zniechęcać i spróbować jeszcze raz ;) Kieruję te słowa zarówno do wszystkich potencjalnych dyskutantów, jak i do samego siebie (a jakże!).
sorki, dopierom weszła tu..
ja po prostu nie mam już więcej nic do powiedzenia...każdy odkrywa samemu
pozdrowienia
Nie ma sprawy ;)
Myślałem ostatnio na temat wątku, który poruszyłaś tzn. konkretnie kapłaństwa, tej instytucji, ludzi. Właściwie 2 razy w życiu byłem już na ścieżce, która prowadziła do przyjęcia funkcji pastora. Dlaczego zrezygnowałem? Bo nie wyobrażam sobie, że miałbym mówić ludziom, co mają myśleć, jak rozumieć Biblię, Boga itp. Wydaję mi się, że stawał bym wtedy między nimi, a Bogiem, taka w końcu jest rola kapłana - pośrednika. Właściwie niejako wszedłbym w rolę widzialnego boga. Czy nie jest to forma bałwochwalstwa? Ja tak to czuję. Jezus często podkreślał, że ludzie są sobie równi, a szacunek i autorytet boży należy się wyłącznie Bogu.
"(8)Wy natomiast nie pozwalajcie nazywać się Rabbi. Macie jednego Nauczyciela, a dla siebie nawzajem wszyscy jesteście braćmi. (9) Nikogo też na ziemi nie nazywajcie swoim ojcem. Macie jednego Ojca - Tego, który mieszka w niebie. (10) Niech was nie tytułują: Mistrzu. Jeden jest waszym Mistrzem: Chrystus. (11) Ten, kto większy wśród was, niech będzie sługą innych. (12) Kto się będzie wywyższał, zostanie poniżony, a kto się będzie uniżał - zostanie wywyższony." Mt 23, 8-12 (tłum. Liga Biblijna)
Tłumacząc z "biblijnego" na polski: nie zabiegajcie i nie pozwólcie by ludzie zrobili z was guru, bo jesteście tylko ludźmi i podlegacie wszyscy bez wyjątku ludzkim ograniczeniom. Jedynie Bóg je przekracza i Jemu należy się z tego względu szacunek.
Wszyscy jesteśmy równi, bo wszyscy stworzeni jesteśmy na Jego obraz.
Każdy jednak jest na innym etapie drogi do Boga. I stąd funkcja "przewodnika", czy nazwiemy go pastorem, czy księdzem czy liderem. Ap. Paweł też niejednokrotnie wzywał do naśladowania niego. Czy to wykluczało podążanie za Chrystusem, posłuszeństwo Jemu i krytyczne myślenie?
To prawda, że taka "świecznikowa" rola jest niezwykle trudna, jeśli ma być właściwie sprawowana. Wymaga na pewno ogromnej pokory i wyczucia, panowania nad niskimi pobudkami, co w gruncie rzeczy jest raczej rzadkością. Ten fragment wypowiedzi Pana Jezusa, który Klasyk przytacza, i inny też, wskazują na Boży model przywódcy, którego postawa jest podobna słudze. A kto prawdziwie chce być sługą? W moim odczuciu tego typu liderem był na przykład Martin Luther King, który użył swoich talentów dla wyzwolenia innych.
Takim sposobem wzajemnie sobie pomagamy w odnalezieniu prawdy, dzieląc tym, co mamy. A nie mówiąc, co mają myśleć.
...a dla mnie prawda była i się zmyła
hi hi
Tak, zgadzam się z tym, co Lauro piszesz. Problem leży zresztą nie tylko po stronie ludzi, którzy zajmują odpowiedzialne stanowiska, ale również tych, którzy są członkami danej grupy. Często właśnie oni mają takie oczekiwania, by zrzucić z siebie odpowiedzialność za własne życie w ręce innego człowieka. Stąd Jezus mówił: "nie pozwólcie nazywać się, tytułować" co wskazuję na to, że właśnie inni chcą tak robić. Niestety moje doświadczenie i obserwacje są takie, że model "guru" jest bardzo powszechny. Spójrzmy chociażby na kult jakim otaczany jest JPII, ale nie tylko, w katolicyzmie, który ma tak wielki wpływ na polską kulturę i mentalność, każdy ksiądz jest z zasady kimś więcej niż zwykłym człowiekiem. A wśród garstki polskich protestantów też wcale nie jest pod tym względem idealnie, normą są manipulacje, zatajanie "gorszących" problemów przed członkami społeczności, brak możliwości poddawania liderów realnej weryfikacji przez grupę, której przecież mają służyć, a nie rządzić. Trochę czarny ten obraz który kreślę :) ale gdyby było dobrze, to pewnie nie założyłbym z Ivah tej stronki. Problem modelu Kościoła, relacji pomiędzy liderami i członkami, jest dla mnie osobiście kluczowy.
Spytałeś mnie, mężczyzno, o konkluzję. Nie wiem czy wierzę w pasterzy trzody. To za łatwo powiedziane. Trudno tak buchać mi słowami bo nie mam doświadczenia w świadomym kontakcie z władzą. Ale pytanie 'jak kto widzi władzę' może się każdemu z nas przydać :)
Idealnie by było gdyby sfera władzy nie oddzielała się od wyborców ani światopoglądowo ani wartościami a różnica między nimi polegała przede wszystkim na doświadczeniu i wiedzy. Ale to tak wszyscy by chcieli :)
Smutno mi tylko że pewnie nie doczekam czegoś takiego...
Prześlij komentarz