Kolejny raz dochodzę do kulminacyjnego momentu Ewangelii, tym razem Mateusza. Jezus zostaje zaciukany przez elitę własnego narodu, przy współudziale zmanipulowanych i bezmyślnych mas, rękami okupacyjnej władzy. I kolejny raz wyzwala to u mnie takie nieprzyjemne emocje, jak przy męczącej scenie makabrycznego thrillera. Ale nie chciałem tym postem dzisiaj rozsiewać martyrologicznego nastroju. Zastanawiają mnie raczej okoliczności tej zbrodni. Właściwie to co przed i co potem.
Kluczowe pytanie które nie dawało mi już dawno spokoju brzmi, co różni Piotra - lidera grupy osób których Jezus wybrał do ściślejszej współpracy - przed i po śmierci Zbawiciela. Jak by tu scharakteryzować tego faceta i znaleźć moment przemiany, sposób w jaki stał się fundamentem pierwszego Kościoła (rozumianego jako duchowa wspólnota, nie instytucja). Kiedy chodził z Jezusem nie rozumiał Go, myślał zupełnie innymi kategoriami. W momencie próby zdradził, załamał się i wrócił do swojego starego życia. Jednak mimo to, coś sprawiło że został wybrany na skałę i stał się nią. Jeśli myślę o pozytywach Piotra, to przychodzi mi do głowy gorące, żywe serce. Świadczą o tym jego naiwne zapewnienia o gotowości śmierci z Chrystusem, skok do wody po tym jak zobaczył Go po zmartwychwstaniu. Poza tym mimo braku zrozumienia, potrafił zaufać i wypełnić słowa Nauczyciela. Zgromadził ekipkę, trwali na modlitwie, przyszedł Duch św. i tak jak mówił Jezus wszystkim stało się jasne. Teraz ten Piotr, który wcześniej wraz z koleżkami zastanawiał się kto jest większym ważniachą, zaczyna sam nauczać w Duchu Jezusa i czynić większe cuda niż jego Mistrz. Dobra ale gdzie jest ten jego sekret, złota reguła, jak to powtórzyć. Otwarte, żywe serce i odrobina zaufania w kontakcie z bożą miłością. Nic więcej nie potrafię znaleźć.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz