Wraz z narodzinami człowieka umarła religia. Zapewne to miał na myśli Nietzsche wygłaszając swoje najsłynniejsze zdanie o śmierci Boga. "Narodziny człowieka" rozumiem jako pewien etap rozwoju indywidualizmu, na którym wytwarza się w człowieku świadomość jego podmiotowości i autonomiczności. Kiedy przestaje się on już utożsamiać ze swoim plemieniem (jakąkolwiek ma ono postać np. klubu RTS Widzew Łódź, sub czy popkultury, rodzinnego klanu czy grupy religijnej wreszcie) i jego systemem wierzeń, przekonań i sądów na tematy wszelakie. Proces ten jest trudny i bolesny, bo jest operacją na własnej tożsamości, na własnym ja.
Dokonuje się on jednak w naszym kręgu kulturowym od kilku stuleci i przynosi dobre owoce w postaci uwolnienia możliwości drzemiących w każdym pojedynczym człowieku. Bo oderwanie się od plemienia może być jedynie wynikiem udanej próby zastosowania krytycznego myślenia. Samo w sobie jest ono już czymś cennym, ale pełnia jego możliwości ujawnia się, gdy oczyści już ono pole dla myślenia kreatywnego, twórczego. W tej wyjątkowej w skali świata postawie wewnętrznej, dostrzegam korzenie potężnego rozwoju cywilizacyjnego tzw. Zachodu.
Naturalne jest jednak, że instytucje i grupy związane ze starymi formami myślenia, czują się zagrożone. Starają się one ze wszystkich sił zatrzymać ten proces, gdyby mogły to zapewne odwrócić. Widać to obecnie w Polsce, w otwartym już zaangażowaniu Kościoła Katolickiego po stronie konserwatywnych sił politycznych. Im nie zależy na rozwoju cywilizacyjnym Polski, tylko na zachowaniu swojego plemiennego systemu myślenia.
Czy jednak opowiedzenie się po stronie liberalizmu jest równoznaczne z odrzuceniem wartości duchowych? Innymi słowy, czy liberalizm musi być z definicji moralnie zgniły i bezbożny, jak sugerują nam katoliccy księża? Było by tak, gdyby religia była jedyną drogą do Boga. Z mojego doświadczenia wynika jednak wynika, że tak wcale nie jest. Może nawet przeciwnie, wcale nią nie musi być. Opiera się ona raczej na czynieniu bogiem ziemskich rzeczy, takich jak opinia kapłana, tekst świętej księgi, czy wizerunek świętego/świętej.
Ale Boga w nich nie ma. Choć oczywiście, jeśli ktoś ma szczere serce, to wszystko może do niego prowadzić. Rzeczy związane z religią również. Ale wiara w Boga NIE równa się byciu człowiekiem religijnym i odwrotnie.
Mój arianizm zdefiniowałbym właśnie, jako przyjęcie nowej (w sensie aktualnej, a nie nowinkarskiej) formy szukania Boga. Formy, która jest wolna od krępującego życie religijnego zewłoku.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz