"Miłość to dawanie drugiej osobie tego, co najbardziej potrzebuje w chwili, gdy najmniej na to zasługuje. Dlaczego? Bo każdego dnia Bóg mnie traktuje w ten sposób.”
To fragment wyrwany z pewnego kazania. Mam wątpliwości co do drugiej części tej wypowiedzi. Nie wiem, czy to prawdziwe założenie, że nie zasługujemy na Bożą miłość. Trudno mi się z tą koncepcją zgodzić. Bóg nas kocha, bo jesteśmy Jego, bo jesteśmy Jego emanacją. Nie robi nam “łaski”. Za takim podejściem tkwi jakieś koszmarne poczucie winy i niższości - jesteśmy tylko robakami, nad którymi wspaniałomyślny Bóg w drodze wyjątku się ulitował. On nie widzi naszego grzechu jak my widzimy, widzi naszą świętość, od której wyszliśmy i do której nie bez przeszkód i porażek - zmierzamy. Każdy człowiek zasługuje na to, co najlepsze, zważywszy na swój boski początek (niezależnie od tego, w jak wielkim leży on zapomnieniu).
Zasługujemy na dobro ze względu na to, kim jesteśmy, a nie wbrew temu, kim jesteśmy.
Kwestia tożsamości - w jednym podejściu utożsamiamy człowieka z jego upadłą naturą, żeby której zaprzeczyć trzeba by być albo wyjątkowo zakłamanym albo być może skrajnym gnostykiem; z kolei w drugim podejściu utożsamiamy człowieka z jego boską cząstką, która wbrew wszelkim pozorom jest silniejsza i w przeciwieństwie do upadłej natury - niezniszczalna. Jeśli ja czuję niechęć wobec Marioli i źle o niej myślę, to nie jest tak dlatego, że ona na to zasługuje. Ona ani trochę nie zasługuje na to. Błąd leży po mojej stronie - nie mam boskiej perspektywy tylko ludzką, opartą na grze pozorów. Bazuję na pozorach odnośnie jej osoby, zamiast na tym, co rzeczywiście prawdziwe w niej. Pytanie, czy świadomość, że to moja pomyłka, może mieć wpływ na to, jak do niej podchodzę. Jednym słowem - zastosowanie: w jakim stopniu potrafię żyć tym, w co wierzę.
Stąd też stwierdzenie zawarte w pierwszym zdaniu jest fałszywe, jeśli przyjmiemy, że uzasadnienie jest błędne. “Miłość to dawanie drugiej osobie tego, co najbardziej potrzebuje w chwili, gdy najmniej na to zasługuje.” Oczywiście brzmi pięknie i nawet w pierwszej chwili dałam się tej myśli oczarować. Ale tkwi w niej ukryte kłamstwo, u jej najgłębszych podstaw leży idea, która jest z gruntu nikczemna. Niczym innym niż nikczemnością nie można nazwać postawy: kocham cię, ale wiem, że jesteś taki i owaki. Jesteś do niczego, ale i tak cię kocham. Nie znaczy to, że miłość polega na całkowitym zaślepieniu na to, co złe, to nie jest miłość, wiadomo. Ale z drugiej strony czy taka postawa nie przypomina bardziej jakiegoś rodzaju litości? Nacisk jest bowiem w niej położony na BRAK ZASŁUGI, brak podstaw. Poszukajmy jakiegoś przykładu miłości bezinteresownej - bo o taką myślę chodziło autorowi tej wypowiedzi. Mam, miłość rodzicielska. Czy mogę więc powiedzieć, że moi rodzice kochają mnie nieprzerwanie od urodzenia wbrew temu, jaka jestem? Gdyby tak było, to musiałabym się poczuć całkowicie beznadziejnie. Naturalnie, nieraz - mówiąc delikatnie - nie ułatwiałam im tego zadania, ale czuję, że to nie byłaby prawda, jakbym powiedziała, że kochają mnie POMIMO. Kochają mnie raczej ZA TO. Za to, że jestem ich córką, po prostu, że jestem ich [utożsamienie - kochamy siebie, kochamy to, co z gruntu nasze (?)]; tu nie ma żadnych racjonalnych podstaw.
Dlaczego jednak miłość taka nie jest warunkowa, tylko bezwarunkowa, mimo iż jest miłością ZA COŚ? To kluczowe pytanie. Ponieważ to COŚ jest niezmienne. Co więcej: ja nie mam na to wpływu. Nie jest to żadna cecha wewnętrzna ani zewnętrzna, bo one wszystkie się mogą zmienić, a te drugie nie tylko mogą ale wręcz muszą. Jeśli więc ktoś kocha kogoś bezwarunkowo, to znaczy, że kocha ze względu na to, kim ta osoba jest w swojej najgłębszej istocie. Boża miłość jest tu wzorem, doskonałym punktem odniesienia. Ta miłość wobec człowieka jest oparta o stały, niezmienny przymiot, immanentnie wpisany w jestestwo człowieka - tym przymiotem jest boskie pochodzenie natury ludzkiej. Nie mogę tego zmienić, nie mogę się tego do końca wyprzeć. Oczywiście, żyjemy tu w krainie zapomnienia, gdzie prawda jest przykryta i wydaje się przez to, jakby jej wcale nie było. Niemniej jednak zapomnienie czegoś nie skutkuje zniknięciem tego - i jest to jedna z najbardziej dla mnie pocieszających prawd, w jakie wierzę. Pomimo iż nasza subiektywna tożsamość jest błędnie ulokowana w tym, co skazane na przeminięcie, prawdziwa tożsamość pozostaje niezmienna i do niej odwołuje się prawdziwa miłość. Tożsamość czyli -> “toż samo”; identyfikacja -> identical -> taki sam, jednaki. Zatem bezwarunkowa miłość jest bezwarunkowa, “bez warunków”, ponieważ nie stawia ona warunków (które dotyczą nietrwałych i/lub nabytych właściwości), tylko dotyczy tego wymiaru obiektu miłości, który jest nierozerwalnie z nim związany. Jest to więc miłość ZA COŚ, ale nie wbrew. To “wbrew” bowiem też odnosi się do tego, co chwilowe - kocham cię wbrew temu, że masz tysiąc wad - wady nie dotyczą tego, co trwałe w duszy człowieka. [Może nieco arbitralnie dzielę człowieka na to, co trwałe a co zmienne, trochę to słaby punkt, ale być może to kwestia wiary a nie logicznego dowodzenia.] Miłość warunkowa jest również miłością ZA COŚ, z tą różnicą, że to COŚ jest podobnie ulotne jak warunki, które trzeba spełnić, żeby być kochanym.
Właściwie można powiedzieć, że miłość bezwarunkowa ma też jeden warunek - że się jest tym, czym się w istocie jest. Brzmi to jak tautologia, oksymoron i paradoks w jednym, ale trafnie oddaje różnicę pomiędzy tym typem miłości a: miłością bezwarunkową błędnie rozumianą moim zdaniem (“kocham cię, chociaż na to nie zasługujesz”) i miłością warunkową (“kocham cię, bo jesteś ładny/inteligentny/...”).
Ciekawe, że w centrum myśli chrześcijańskiej leży przekonanie, że Bóg nas kocha, pomimo iż na to nie zasługujemy. Gdyby się nad tym przez chwilę zatrzymać, to by nas strach obleciał, jakbyśmy sobie zdali sprawę, co stoi za takim wyobrażeniem miłości. Mam wrażenie, że fakt niezasłużoności podkreśla się tak silnie w celach prewencyjnych. Chce się tym samym zapobiec wywyższaniu się człowieka. Ale to okropne, taką teologię szerzyć. Fałszywe, niezgodne z prawdą i na dodatek krzywdzące. Jakby teologowie i wszyscy rozpowszechniający tę koncepcję wierzący myśleli: nie można dać człowiekowi za dużo dobroci, nie można go docenić w pełni i całościowo, bo mu się jeszcze w głowie poprzewraca! My w istocie zasługujemy na Bożą miłość, zasługujemy na to, by być kochani.
Zasługujemy też na to, by wiedzieć, z jakiego powodu tak jest. Jeśli będziemy to wiedzieć, to poprzewracanie w głowie nigdy nam nie będzie grozić. Grozić nam będzie za to zbawienie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
3 komentarze:
"Jakby teologowie i wszyscy rozpowszechniający tę koncepcję wierzący myśleli: nie można dać człowiekowi za dużo dobroci, nie można go docenić w pełni i całościowo, bo mu się jeszcze w głowie poprzewraca!"
Tak jest i zauważam to zjawisko również w relacjach między ludźmi. Boją się chwalić nawzajem, doceniać. Żeby się ktoś w pychę nie wbił. :/
Piszesz: "w jednym podejściu utożsamiamy człowieka z jego upadłą naturą, żeby której zaprzeczyć trzeba by być albo wyjątkowo zakłamanym" ale z drugiej strony także zauważasz, iż istnieje coś takiego jak "gra pozorów."
Ja nie jestem ani gnostykiem, ani zakłamanym, tylko wybieram twoją zresztą trzecią opcję. Otóż "upadła natura" jest "grą pozorów". Gdy tylko zdecydujesz widzieć koleżankę jako kogoś stworzonego doskonałym, to okaże się, że ta zepsuta natura nie jest naturą a tylko zasłoną dla prawdziwej natury. Gdyż nie ma dwójni - jest tylko realizująca się doskonała wola Boża.
Tak, Laura, zgadzam się z Twoim ostatnim akapitem. Ludzie, którzy chcą zablokować ego przez podkreślanie jego grzeszności, tym samym umacniają jego pozycję. Walka z grzechem jest utrwalaniem muru miedzy człowiekiem i Bogiem. To jest przewrotność ego.
Cóż więc robić? Uznać, że nie ma grzechu i że NIC NAS NIE DZIELI OD BOGA. On nam wszystko i zawsze daje, a my jesteśmy jego najbliższymi i umiłowanymi. Gdyż jakie społeczne skutki przyniosło straszenie Europy groźnym Bogiem? Czy poprawę moralności? Nie! Doprowadziło do odejścia od Boga.
Tak więc powrót do Boga zapewni nam uznanie bezgrzeszności bliźniego naszego i przebaczenie jego pozornych wad.
rysio
Prześlij komentarz